Zakładasz rano sztywną bluzkę, bo „tak wypada". Ciasne spodnie, bo „wyszczuplają", buty, które obcierają stopy, bo „pasują do stylizacji". Do wieczora jesteś wykończona, a winowajcą nie jest ciężki dzień - tylko walka z własną garderobą.
Pleasure dressing to odwrócenie tej logiki. To ubieranie się tak, żeby ubrania były po twojej stronie, nie przeciwko tobie. Żeby garderoba dawała energię, zamiast ją zabierać.
Co to właściwie znaczy?
Pleasure dressing to świadomy wybór ubrań, które sprawiają ci przyjemność – fizyczną, psychiczną, estetyczną.
To miękki kaszmirowy sweter, który otula Cię jak puszysta chmurka. Luźna lniana koszula, w której możesz swobodnie oddychać latem. Ulubiony kolor, który za każdym razem gdy spojrzysz w lustro, poprawia ci nastrój. Sukienka, którą wkładasz przez głowę w pięć sekund, bez gimnastyki z zamkami. Spodnie z elastycznym pasem, o których zapominasz zaraz po śniadaniu.
To nie znaczy, że masz przychodzić do biura w dresie (chyba że możesz i chcesz). To znaczy, że wybierasz rzeczy, które dają ci komfort i radość zamiast spełniać oczekiwania innych ludzi.
Dotyk ma znaczenie
Skóra to największy organ naszego ciała. Przez większość dnia styka się z ubraniami. Ma prawo mieć zdanie na ich temat.
Naturalne materiały to fundament jeśli chodzi o przyjemność noszenia. Bawełna oddycha i nie tworzy irytujących “iskier elektrycznych”. Len jest chłodny w upał i z każdym praniem staje się coraz bardziej miękki i przyjemny w dotyku.
Dalsza treść artykułu dostępna jest w subskrypcji STANDARD